Rozdział: 11. – Koniec
z jabłkiem.
Haytham
wkroczył do siedziby Abstergo naprawdę poirytowany. Zostawił Connora w domu
chociaż czuł, że chłopak zaraz tu wparuje robiąc im wszystkim nie zły burdel.
Elise siedziała przerażona za biurkiem i tylko machnęła głową mężczyźnie
wskazując, gdzie zaciągnięto dziewczynę. Chyba nie wyglądały zbyt dobrze na co
wskazywała mina Elise. Kobieta była blada jak ściana, a jej twarz wyglądała na
naprawdę wystraszoną.
– Weź sobie wolne. Wracaj do domu. –
Nakazał, a kobieta szybko wstała, podziękowała mężczyźnie i zniknęła jak gdyby
jej tu jeszcze przed chwilą nie było. Haytham wyciągnął kartę z kieszeni czarnej
marynarki. Dotknął czytnika i drzwi się otworzyły.
Przed nim rozciągał się korytarz ze
schodami w dół. Szybko zbiegł po nich i otworzył drzwi. Dziewczyna siedziała na
środku pokoju. Ręce miała skute metalowym łańcuchem. Mężczyzna spojrzał na ten
obraz z niepokojem. Podszedł do niej uniósł jej twarz w dwóch palcach. Miała
wielkiego siniaka, który zaczął się tworzyć pod okiem i spuchnięty policzek.
Nie wyglądało to zbyt dobrze. Miał nadzieję, że Shay i ekipa jego ludzi nie
zrobiła jej nic więcej.
– Na wszystko co istnieje, co oni Ci
zrobili? – Szepnął widząc jak dziewczyna nie oddycha. Zaskoczyli ją. Było to
widać. Musiały wracać z Aveline do mieszkania, gdy nagle zostały napadnięte. W
pewnej chwili Mężczyzna usłyszał świst powietrza obok prawego ucha. Odsunął się
od Claudii dotykając policzka, które zostało przecięte. Syknął z bólu, a jego
wzrok zarejestrował nożyk wbity w ścianę. Odwrócił się i…
– Żyje. – Shay bawił się jabłkiem podrzucając
je do góry. – Jeszcze… – Ostatecznie wgryzł się w słodki owoc, jak gdyby nigdy
nic.
– Co ty do cholery odwalasz? – Zapytał
wściekle mężczyzna.
– Ja? – Chłopak wskazał palcem na siebie
i wybuchnął śmiechem tak ironicznym, że włosy na karku Haythama stanęły dęba, a
jego twarz wykrzywiła się. – Nie, nie! Co TY odpierdalasz?
– Jak ty się wyrażasz, gówniarzu?! –
Zapytał Haytham.
– Nie zmieniaj tematu! – Obłęd igrał w
oczach chłopaka, niczym ogień w kominku. – Byłeś taki doskonały, tak trudno
było Cię odciągnąć od tego co robimy. I nagle… znalazły się dwie, cholerne
osoby, które zaczęły zmieniać twoje podejście. – Shay odłożył nadgryzione,
czerwone jabłko na blat biurka i złapał za nożyk. Haytham zrozumiał, że jednym
z nich oberwał w twarz. Nożyk przypominał kunai ninjów. Idealne ostrze do
zabicia. Czy Shay próbował go zamordować? Nie.
– Nie zmieniłem zdania, Shay. – Mruknął
starając się uspokoić obłąkanego piętnastolatka. – Dalej uważam, że świat trzeba
oczyścić. Zabrać… – Zawahał się, ale szybko dodał. – Zabrać wolną wolę.
W
tej chwili to do niego dotarło! Zrozumiał, że nie powinni tego robić. Okazało
się, że templariusze popełniają błąd. Gdy tylko dostaną Jabłko; cała wolna
wola, myślenie, jakiekolwiek rzeczy, które powinni pielęgnować latami
samodzielnej egzystencji… znikną. Chociaż świat byłby perfekcyjny, Connor miał
rację. Nie powinni tego robić. Ludzie może i będą źli, może wciąż będą
niszczyć, ale to właśnie to definiuję, że ludzie są ludźmi i odróżnia ich to od
maszyn. Jeżeli zabierzemy jedną rzecz, nieodwracalnie zmienimy wszystko.
– Ale zaczynasz myśleć, że nasz cel jest
zły. Że nie ma sensu. Przyznaj, że masz wątpliwości.. – Prychnął
piętnastolatek, poprawiając czarne niczym heban włosy.
– Jesteś szalony! – Warknął Haytham.
– Nie! Jestem templariuszem! –
Stwierdził szaleńczo Shay, bawiąc się ostrzem. Mężczyzna czuł się
odpowiedzialny za wyhodowanie takiego potwora, jakim stał się chłopak. To była
tylko i wyłącznie jego wina i Haytham wiedział o tym. Gdyby tylko tak nachalnie
nie szukali tego artefaktu, Shay byłby mniej skorumpowanym dupkiem niż jest
teraz. Zamknął oczy.
– Co więc proponujesz?
– Zabij ją. – Wypluł z siebie Shay jakby
widział najgorsze ścierwo.
– Nie…
– Czyli jednak miałem rację. –
Zarechotał przerażająco. – Zmieniłeś się.
– Nie zabiję jej.
Już nie chodziło o sam fakt, że
mężczyzna był najlepszym skrytobójcą. Bardziej chodziło o to, że dziewczyna mu
nic nie zrobiła. Nawet polubił ją. Była jak mały kotek, który potrzebował
opieki. Haytham pamiętał jak zaoferował jej nauki kilkanaście tygodni temu. Jak
starała się być dobrą uczennicą, jak strzelała, jak chodziła na boks tylko po
to by stawić innym templariuszom czoło bo jej przyjaciółka zginęła. Wiedział,
że będzie to kosztować jego zespół ludzi, ale miał to w nosie. Zobaczył w niej
siebie, gdy był młodym dzieciakiem. Zrozumiał, że gdyby nie to kim teraz jest
to bardzo możliwe, że stałby się doskonałym Assassinem. Poczuł jak coś zakuło
go w klatce piersiowej. Czyżby zazdrość?
Zmarszczył brwi, nie dając zdradzić po sobie swoich myśli.
Kątem
oka zobaczył, że dziewczyna się poruszyła, a Shay zeskoczył z biurka i podszedł
do Claudii szarpiąc ją za włosy i przystawiając sztylet do gardła. Wrzasnęła z
bólu i otworzyła oczy szeroko, a łapany z trudem oddech przyspieszył. Wręcz
słyszała jak krew pulsuje jej w żyłach, gdy ostrze naruszyło skórę. Czuła jak
wypływa z jej ran i jęknęła z bólu.
– Cóż jeśli ty tego nie zrobisz ja to
zrobię. – Rzucił.
– ZOSTAW JĄ! – Wrzask i wściekłość
Connora rozeszły się po pomieszczeniu głuchym echem. Shay wypuścił z rąk
sztylet i spojrzał na chłopaka zaskoczony. Connor miał w dłoni jabłko edenu.
Kierował je w jego stronę.
– Nie-za-bijaj go. – Wysapała dziewczyna
z trudem, ale jej ukochany jej nie słuchał. Splunęła krwią. Connor ścisnął
jabłko z całej siły, a to zaczęło mocniej emanować złotem. Dziewczyna szarpnęła
rękami, starając się uwolnić ręce. Chłopak był pod wpływem jabłka. Czytała, o nim
naprawdę dużo. Akurat ten fragment był specyficzny i ciężko go było okiełznać
samemu. Starożytny artefakt, który został przez starożytną cywilizację. Kontrolował
umysły ludzi i powodował śmierć i zniszczenie przy dłuższym użytkowaniu. Poparzenia.
Rozległe blizny niszczące i palące skórę. Bo przecież nic nie mogło być bez konsekwencji.
Niektórzy twierdzili, że mógł tworzyć też iluzje. – Haytham! Haytham, zabierz
mu to jabłko! – Krzyknęła dziewczyna, ale było za późno. Haytham stał jak sparaliżowany.
– On zaraz umrze, do cholery! – Wrzasnęła rozpaczliwie szarpiąc rękami.
Zapomniała o bólu na chwilę. Splunęła krwią poczym ostatkiem sił szarpnęła ręce.
Jakimś cudem łańcuchy zsunęły się z rąk Claudii i spadły na ziemię, a następnie
uderzyły o nią z głuchym łoskotem. Podniosła się z krzesła i rzuciła się w
kierunku chłopaka. Po czuła ostry ból i… fragment Edenu rozbłysnął światłem oślepiając
wszystkich w pomieszczeniu.
Gdy wszyscy wrócili do siebie Connor
jęknął z bólu i spojrzał na rękę w której jeszcze przed chwilą miał jabłko. Od
czubków palców, przez dłoń, aż do ramienia miał szpetne, ciemnoczerwone poparzenie.
Jeszcze chwila, a dotarło by to do jego klatki piersiowej i go zabiło. Zawył z bólu.
To było potworne uczucie, jakby coś go rozrywało od środka. Bolało. Wiedział,
że jeżeli nie zrobi nic, rana zostanie na zawsze… nie to jednak było problemem.
Haytham szturchnął go i wskazał ruchem głowy na Claudię. Connor natychmiastowo zerknął
w tamtą stronę i zobaczył swoją dziewczynę. Unosiła się w powietrzu majestatycznie.
Ręce miała rozłożone na boki, a włosy unosiły się do góry. Oczy miała całkowicie
białe. Żaden z nich nie wiedział co się dzieje.
– My, rasa Isu jesteśmy zobowiązani do
drobnych wyjaśnień. – Powiedziała Claudia nie swoim głosem. Brzmiała inaczej.
Jakby ktoś, albo coś przejęło nad nią kontrolę. – Artefakty niszczą waszą
cywilizację, niszczą was! Musicie unicestwić jabłko. Wasza walka trwa już za
długo. Czas ją zakończyć. – Wy którzy się nienawidzicie, wy którzy się kochacie
Connorze Kenway i Haythamie Kenway nakazujemy byście zniszczyli nasze dzieło,
aby nikogo nie kusiło. Czy jesteście gotowi na takie poświęcenie? – Zapytała
dziewczyna. Wysunęła dłoń przed siebie, a jabłko uniosło się w powietrzu niczym
coś błogosławionego.
Oboje zerknęli na siebie, a
następnie szybko skinęli głowami. Mieli dość wojen i śmierci. Nawet Connor
zrezygnował w tym momencie z zemsty. Miał nadzieję, że Claudia też się bez niej
obejdzie. Dziewczyna podała Haythamowi jabłko. Przekaz się urwał, a dziewczyna
osunęła się w ramiona swojego ukochanego, który wziął ją na ręce. Była nie
przytomna. To nie był jednak koniec ich problemów. W Abstergo rozwył się alarm.
Haytham rozejrzał się, a nie widząc nigdzie Shay’a przeklął cicho.
– Jak duże kłopoty mamy? Mam dziurę w
pamięci tak od momentu wyjścia z mieszkania. – Mruknął nie spokojnie Connor.
– Bardzo duże. A konkretyzując ogromne.
– Przyznał mężczyzna. – Będziemy musieli użyć jabłka, ostatni raz. – Dodał, a Connor
zgodził się z nim.
Wyszli. Przed budynkiem stali templariusze
ustawieni jeden obok drugiego niczym żołnierze.
– Haytham rzuć jabłko, a nikomu
niestanie się krzywda! – Powiedział jeden z jego ludzi podniesionym tonem. Wszystkie
bronie zostały wycelowane w niego.
– Nie ma takiej opcji. – Powiedział
mężczyzna aktywując jabłko przez ściśnięcie go. Connor ułożył dłoń
instynktownie na górze jabłka by podzielić się swoją energią. Mimo bycia nie
przytomną Claudia również oddała część siebie.
Po chwili jego współpracownicy
upadli martwi na ziemię. Haytham przelał całą nienawiść do templariuszy, jaka w
nim była od lat. Tak naprawdę Haytham nigdy nie chciał do nich należeć, co
zrozumiał dopiero teraz. Zacisnął dłoń i usłyszał jak jabłko pęka pod naporem
ich siły. Widział jak powoli rozbłyska światłem. Czuł jego moc i siłę. Emocje w
nim zaczęły buzować i czuł irytację i… pomyślał, że chce śmierci wszystkich
templariuszy.
Nowy
York rozbłysnął światłem i fala rozłożyła się symetrycznie po niebie obiegając
całą kulę ziemską. Ludzie wyszli na ulice aby spojrzeć w niebo zaskoczeni tym
zjawiskiem. Dzieci zaczęły biegać i łapać złote drobinki opadające z nieba na
ziemie. Zwierzęta jakby bardziej ożyły i zaczęły się cieszyć, a templariusze…
No właśnie. Templariusze upadli martwi na ziemię. Oni wszyscy… wszyscy po
prostu nie żyli.
***
Haytham
uśmiechnął się i włożył świeży bukiet kwiatów do wazonu. Dziewczyna otworzyła
oczy i zerknęła na mężczyznę. Zagryzła wargę, próbując usiąść, mężczyzna pomógł
jej i podał jej wodę, by mogła się napić. Wypiła ją duszkiem i z głuchym
jęknięciem opadła na pościel.
– Hej młoda, jak się czujesz? –Zapytał z
lekko wyczuwalną troską w głosie.
– Chyba, jestem obolała. – Stwierdziła krzywiąc
się. Wsparła się na rękach i rozejrzała się po Sali szpitalnej, w której była
sama.
– Jak dużo pamiętasz? – Zapytał
mężczyzna.
– Chyba nie zbyt wiele. – Odparła
szczerze. Opowiedziała mu o tym jak została zgarnięta z pod drzwi mieszkania,
później jak dwójka dryblasów pozbawiła ją przytomności. Ocknęła się gdy
oberwała z całej siły w brzuch od Shaya. Dodała też, że nie spodziewała się
tego po nim. Gdy jednak ból by zbyt wielki po prostu zemdlała. – … zachowywał
się jakby coś go opętało. Pytał tylko o jabłko. – Powiedziała i wzięła głębszy
oddech, z trudem, kontynuując opowieść. – Nie powiedziałam mu, że Connor je ma.
– Stwierdziła cicho. Powiedziała, że znów odzyskała sprawność umysłu, gdy
Haytham się pojawił i rozmawiał z szaleńcem. Później pojawił się Connor i
zobaczyła artefakt, i że paraliżuje on jego, Connora i Shaya. Wiedziała, że
jeśli nic nie zrobi to chłopak trzymający jabłko po prostu umrze. Wiedziała, że
musi mu za wszelką cenę pomóc! Zrobiła to i od tej pory miała dziurę w pamięci.
Usłyszała jeszcze, że ona sama wspomina coś o zniszczeniu jabłka, ale nie były
to jej słowa. Czuła się jakby coś ją opętało bo było to bardzo mgliste
wspomnienie. – I w zasadzie to tyle…
– Coś co nazwało się rasą Isu, przejęło
nad tobą kontrolę. – Mruknął mężczyzna.
– Jak to?! – Niemal pisnęła. – To
przecież wy należycie do głównej linii przodków, nie ja.
Haytham spojrzał na nią unosząc
brew.
– No co? Lubię wiedzieć z kim mam do
czynienia. A zresztą nie ważne. Ja nie powinnam… co? Jak…? – Nie umiała ubrać
tego wszystkiego w słowa. – Ja nie mogę być jedną z potomków rasy Isu. To…
Dziwne.
– Nie wiem o czym mówisz. – Przyznał
mężczyzna.
– Chodzi mi o to, że nie nade mną powinno
przejąć kontrolę to coś. Ten byt… To byli kosmici, którzy istnieli tu przed
nami. Musieli jakoś przenieść część swoich dusz do tamtego artefaktu. –
Powiedziała spokojnie i zamrugała. – Dotarłam też do informacji, że Connor jest
jednym z przodków tej rasy, prawdopodobnie ostatnim, lecz nie byłam tego pewna.
– Powiedziała przygryzając wargę. – Może faktycznie jestem jedną z nich. Osobie
nie czytałam. To było mi zbędne.
– Może… – Stwierdził Haytham. – Możemy
to sprawdzić jak chcesz… – Powiedział.
– Pobierzecie mi krew i sprawdzicie czy
jestem jedną z nich? Ha, ha! – Powiedziała z ironią. – Aż takich dojść to nawet
wy nie macie. – Burknęła nie zadowolona.
– Ale możemy sprawdzić kto był twoim
przodkiem. – Powiedział spokojnie.
– Tssssaaa… i co? Podepniecie mnie do
jakiegoś ustrojstwa i zaczniecie grzebać mi w głowie? – Zapytała.
– W zasadzie to… tak.
– Chyba sobie żartujesz ze mnie! –
Zapiszczała. – Nie ma takiej opcji i tak nie chcę wiedzieć. Nie interesują mnie
losy moich przodków!
Haytham zmarszczył brwi, a do Sali
ktoś zapukał.
– Proszę. – Powiedziała dziewczyna.
Connor wkroczył do pokoju z bukietem kwiatów oraz z colą. – Hej. O! Drugi bukiet. – Zaśmiała się i
ponownie usiadła. Cmoknęła chłopaka w policzek i powoli odebrała napój. –
Dziękuję. A właśnie co z Shay’em? – Zapytała dziewczyna.
– No, cóż… Tu jest problem bo nie umiemy
nigdzie znaleźć jego ciała. – Powiedział nie pewnie mężczyzna, a kobieta
uniosła brew, nie pewna co teraz. Nastała nie przyjemna cisza.
– W siedzibie Abstergo brakuje dwóch
artefaktów. Pierścienia oraz całunu. – Przyznał Connor nie pewnie w pewnej
chwili. – Dziadek przeszukuje Nowy Jork, ale póki co żadnych śladów.
– Przecież nie mógł rozpłynąć się w
powietrzu. – Powiedziała niepewnie dziewczyna.
Haytham
włączył telewizor i z nudów zaczął przeskakiwać pomiędzy kanałami, gdy nagle
– O cholera, już wiem co Shay chce
zrobić. – Powiedział nie pewnie widząc budynek sierocińca, wyświetlany na
monitorze. Prezenterka mówiła o tym, że w środku wybuchł pożar.
Haytham zerwał się z krzesła i
wybiegł z Sali zostawiając zaskoczone dzieciaki.
– Connor, co się dzieje? – Zapytała
zaskoczona dziewczyna.
– Ja… nie wiem, nie rozumiem. – Zerknął
na telewizor i zrozumiał. – Shay podłożył ogień w domu dziecka. – Powiedział. –
Muszę pomóc ojcu.
– Idź. – Powiedziała Claudia. – Ale
uważaj na siebie.
…******…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz