Dobra trochę przegięłam, ale ciii…
Nie
betowane.
Rozdział: 3. – Pod
srebrnym księżycem…
Mogliby
tak jeszcze długo siedzieć u kobiety, ale Connor doskonale wiedział, że jeśli
się spóźnią na kolację, to może się to dla nich źle skończyć. Co prawda pewnie dostali
by jedynie burę od starego dyrektora, ale woleli nie ryzykować i wrócić do domu
dziecka przed kolacją. Zwłaszcza, że jutro miał przyjść ktoś nowy. Podziękowali
za herbatę i powoli wyszli z części mieszkalnej, a następnie opuścili budynek
biblioteki, żegnając się ze staruszką.
Connor
westchnął cicho i zamknął oczy. Życie mogłoby być prostsze, gdyby żyła jego
mama. Wytłumaczyłaby mu wszystko, przytuliła i powiedziała, że będzie dobrze. A
zresztą był święcie przekonany, że to co powiedziała im kobieta to zwykłe bujdy
na resorach, chociaż… Kto wie? W
każdej historii jest ziarno prawdy, prawda? Zmarszczył brwi i spojrzał na
Desmonda, który uśmiechnął się do niego. Poczochrał go po głowie, wzdychając
przy tym ciężko.
– Jesteś zamyślony… – Mruknął Desmond w
pewnej chwili. Connor zamrugał, po czym spojrzał na niego.
– Tak, to prawda… – Powiedział i
wypuścił ciężko powietrze z płuc. – Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Z
jednej strony jest to dla mnie coś normalnego, ale z drugiej… To irracjonalne,
że kobieta, którą poznaliśmy dzisiaj podała nam takie informacje, a oprócz tego
dostałem to… – Connor skinął głową na pudełko, które trzymał pod pachą. Zmrużył
oczy, a Desmond uniósł brew. – Chyba nie czuję się na siłach, aby cokolwiek
zrobić z tym co już wiem… – Mruknął. Złapał za dłoń Desmonda i obaj chłopcy
przeszli przez drogę, a następnie poszli do domu dziecka.
– Czuję przygodę w powietrzu… – Zaśmiał
się Desmond, a Connor pokręcił jedynie głową.
Do kolacji zostało im naprawdę mało
czasu, więc niemal biegiem poszli umyć ręce. Connor poszedł jeszcze do pokoju,
żeby schować pudełko pod łóżko. Później razem z Desmondem poszli na zbiórkę.
Aveline stała i czekała na nich przed wejściem do stołówki. Przeliczyła
wszystkie dzieciaki i z ulgą zanotowała coś w swoim grafiku. Do Connora posłała
jednak matczyny uśmiech i poczochrała go pogłowie, przechodząc obok nich.
– Cieszę się, że jesteście. – Mruknęła z
dziwną ulgą i puściła mu oczko. Connor po prostu skinął jej głową. Poszedł na
stołówkę poprawiając włosy. Zawsze go czochrała, gdy miała do tego okazję, a
Connor? Cóż po prostu przyzwyczaił się do tego. Kiedyś nikt nie miał prawa
dotykać jego włosów poza jego mamą. Pamiętał, jak jeszcze kilka lat temu
rozpłakał się, gdy opiekunka chciała go obciąć. Wytłumaczyła mu jednak, że
będzie nie długo wyglądać jak dziewczynka. Powiedziała też, że jego włosy
odrosną za jakiś czas. Miała rację, ale Connor polubił swoją nową fryzurę i nie
chciał jej zmieniać.
Dzisiaj na kolacje były kanapki z
szynką lub serem, grysik na mleku, ciastko oraz herbata. Connor lubił wszystko,
więc bez marudzenia nalał sobie trochę zupy mlecznej, po czym odstawił talerz
na tacę. Dołożył jeszcze kanapki i herbatę. Desmond’owi zaś wziął tylko kanapki
i nalał mu trochę mleka do kubka, znając nawyki żywieniowe chłopca. Gdy
skończył Desmond pociągnął go do jednego ze stolików, gdzie było najmniej
dzieciaków, które nałożyły już sobie swój posiłek na talerz. Byli w końcu
współlokatorami.
– Nie chcesz iść do innych dzieci w
twoim wieku? – Zapytał niepewnie. Przy stoliku siedziały głównie osoby starsze
niż Desmond.
– Nie. – Mruknął, ale jego oczy
powędrowały w kierunku grupki dzieci. Jedno ze smyków najwidoczniej wzbudziło w
chłopcu specjalne zainteresowanie, ponieważ Desmond patrzył wprost na niego.
Miał Ciemne blond włosy, brązowe oczy. Nosił na sobie brązowy sweterek i
przetarte jeansy. Siedział z dwoma dziewczynkami w wieku Desmonda. Blondynka i
czarnowłosa. Ta pierwsza miała białą sukienkę w niebieskie kwiatki, a druga
czarny t-shirt i moro bojówki. Desmond zawstydził się i ukrył twarzyczkę w
rękawie koszuli Connora. Ten prychnął cicho i poczochrał go po głowie,
stawiając tacę z jedzeniem na stole.
– Nie wstydź się. Idź… – Mruknął. –
Chyba, że… mam z nimi pogadać? – Zapytał cicho, a Desmond przeniósł na niego
zdziwione spojrzenie.
– A-a mógłbyś? – Zapytał cicho i
spojrzał na niego wielkimi oczami.
– Jasne… – Mruknął i podszedł do nich,
pytając czy Desmond może do nich się przysiąść. Ciemny blondyn spojrzał na
Connor’a sceptycznie, ale wzruszył ramionami. Dziewczyny spojrzały natomiast na
chłopca nerwowo tuptającego w miejscu, po czym zachichotały i skinęły mu
radośnie głową mówiąc, że nie ma sprawy. Connor odwrócił się na pięcie i wrócił
do Desmonda. – Zgodzili się… – Rzucił, a Desmond podziękował mu. Connor podał mu
talerz i sam zaniósł mu herbatę bojąc się, że ten ją wyleje, zestresowany i
poparzy siebie, albo resztę.
Po chwili Connor wrócił do swojego
stolika i zaczął jeść swobodnie kolacje. Nie zamienił z nikim słowa, tak jak i
inni z nim. Po co miał się odzywać nieproszony? W pewnym momencie wyczuł jak
ktoś na niego patrzy. Zaintrygowany, więc rozejrzał się, po chwili widząc
chłopaka w jego wieku opierającego się o ścianę. Miał ciemno brązowe, sięgające
ramion włosy spięte w wysoki, czerwoną gumką kok. W jego drżących rękach
spoczywała czarna, zwykła kurtka. Sam chłopak był ubrany w białą koszulkę i
czarne podarte na kolanach spodnie. W jego brązowych, szklistych oczach było
widoczne przerażenie. Connor nie kojarzył w ogóle chłopaka. Pewnie nowy, pomyślał szybko, a jego
wątpliwości miały się wkrótce potwierdzić. Gdy ich spojrzenia się spotkały oczy
chłopaka natychmiast uciekły gdzieś w bok. Jakby go nigdy nie obserwował.
Connor prychnął i wsadził sobie ostatnią łyżkę grysiku do ust. Zjadł jeszcze
kanapki i po pił to wszystko herbatą. Dopiero wtedy usłyszał, jak ktoś mówi o
nowym.
– … To ten nowy? – Szepnęła jedna z
dziewczyn podekscytowanym tonem. Siedziały niedaleko niego, przy tym samym
stole. Druga dziewczyna skinęła mu głową. – Patrzy… – Zachichotała.
– Tak, ale… podobno był… no wiesz… Bity
i dotykany. Przywieźli go z dwie godziny temu. Dostał już dwa razy ataku
histerii, gdy dyrektor próbował z nim porozmawiać no wiesz, sam na sam..
Podobno… Panicznie boi się jakiegokolwiek dotyku, ale to wszystko tylko plotki.
– Mruknęła w odpowiedzi druga, splatając palce pod brodą i zerkając na
stojącego w jednym miejscu chłopaka. – Trochę dziwne, że dopiero teraz do nas
trafił. – Wzruszyła ramionami.
– Do jakiego pokoju ma trafić? –
Zagadnął nagle Connor.
– Co? – Pierwsza dziewczyna spojrzała na
niego zaskoczona. – A! Tak, do twojego. Podobno ośrodek jest przepełniony. –
Powiedziała jeszcze. – Będzie spał na materacu obok twojego i Desmond’a łóżka.
– Dodała jeszcze, a Connor westchnął. Mógł się domyślić, że tak to się skończy.
No cóż… Mógł się pożegnać z
wieczornym wyjściem i patrzeniem na księżyc w pełni, a przynajmniej tak mu się
wydawało.
Westchnął
cicho i wstał.
Desmond
śmiał się cicho z dzieciakami. Connor poczekał aż zje i wziął go za rękę.
Desmond pomachał im na pożegnanie i poszli do pokoju. Otworzyli drzwi i
zobaczyli materac rozłożony na podłodze. Czyli to prawda… będą mieli
współlokatora.
– Co to? – Zapytał cicho Desmond.
– Materac. Będziemy mieć współlokatora.
– Stwierdził cicho, a później zamknął drzwi.
– Ale fajnie! – Pisnął Desmond siadając
na łóżku. – Kiedy przyjdzie?
Connor wzruszył ramionami.
– Nie wiem… – Stwierdził przy tym. –
Pewnie jak się wykąpie. – Dodał i wziął klucz z szafeczki nocnej. – Pamiętasz?
– Zapytał. Chłopiec podskoczył radośnie na poduszkach i uśmiechnął się szeroko.
Skinął mu głową. – Musimy być bardzo cicho. – Szepnął.
– Wiem. Wiem… – Oburzył się lekko
Desmond. – Nie traktuj mnie jak dziecko.
– Jesteś dzieckiem. – Prychnął
rozbawiony Connor. Po chwili do pokoju ktoś nieśmiało zapukał. – Proszę… –
Rzucił Connor, a do pokoju wszedł ten sam chłopak, którego widział w stołówce.
Ręce mu się trzęsły, a jego ciało było wyraźnie osłabione. Wyglądał na dosyć
zamkniętego w sobie, cichego dzieciaka. Chłopak bez słowa położył się na
materacu. Zamknął oczy i… zasnął?
– Hej! – Pisnął Desmond i spróbował
wskoczyć na chłopaka, ale ręce należące do Connora złapały go w pasie, w
połowie lotu na ich nowego kolegę. Chłopak odchylił koc, po czym otworzył
szeroko oczy i spojrzał na nich pełen lęku.
– Heej! – Tym razem było to skierowane do Connora. – Puść! – Jęknął i
uderzył piąstkami w trzymające go ręce.
– Zobacz… – Rzucił Connor i wskazał na
ich współlokatora palcem wolnej ręki. – Boi się.. – Mruknął cicho i posłał mu
zdenerwowane spojrzenie. Uspokoił chłopaka, sadzając go na swoich kolanach.
– Nie musicie mówić jakby mnie tu nie
było…. – Szepnął cicho nowy. Jego głos był zachrypnięty do tego stopnia, że
Connor nie wiedział czy po prawnie usłyszał zdanie. Wypuścił chłopca z objęć, a
ten usiadł naburmuszony na łóżku.
– Wyglądasz, jak ofiara przemocy
domowej. – Rzucił, a Connor skarcił go spojrzeniem.
– Wybacz mu, jest nieokrzesany. –
Mruknął cicho. – Jak chcesz to możesz się położyć na moim łóżku, ja zajmę twój
materac. – Chłopak spojrzał na niego wielkimi oczami, ale pokręcił głową.
– Nie! – Zakrył się po uszy kocem.
Chłopak westchnął. – Dziękuję, ale… nie trzeba. – Rzucił drżącym głosem.
Brzmiał jakby miał się zaraz rozpłakać.
– Nie płacz. – Mruknął błagalnie Connor
i powoli wyciągnął rękę do niego. Chłopak cofnął się i prawie spadł z materaca.
Proces oswajania, część pierwsza,
pomyślał Connor. – Jak chcesz… – Cofnął dłoń i wsunął ją do kieszeni spodni. –
My na razie wychodzimy. Będziemy około dwunastej. – Stwierdził i pociągnął
Desmonda za rękę. Chłopak ukrył twarz w kocu i skinął im głową. – Ach! – Jestem
Connor, a to Desmond. – Rzucił jeszcze, a później wyszedł z chłopcem, nie
oczekując odpowiedzi. Wiedział, że to może być dla niego trudne.
Szli przez dłuższą chwilę
korytarzem. Connor na słuchiwał czy ktoś, aby na pewno nie idzie. Aveline, już
pewnie poszła spać, albo jest w trakcie czytania jakiegoś romansidła. Na dach
prowadziła tylko jedna, długa droga. Okraszona dwoma przystankami związanymi z
nadzorem. Jednym z nich był dyrektor, drugim ich opiekunowie. Musieli się
przekraść i Connor wiedział o tym doskonale.
Ukucnęli przy pierwszym z nich, po
czym bezszelestnie i powoli przemknęli pod recepcją. Poszli prosto i skręcili
na prawo. Tam, na końcu korytarza było wyjście na dach, ale przed nim zawsze
uchylone drzwi do gabinetu dyrektora.
– Zaczekaj tutaj… – Powiedział szeptem
Connor do chłopca. Desmond skinął mu głową nie robiąc hałasu. Connor przekradł
się do drzwi, nie rozumiejąc, dlaczego u dyrektora jeszcze pali się światło.
Zerknął przez uchylone drzwi do środka gabinetu i ujrzał dwóch mężczyzn.
Dyskutowali o czymś. Nie znał go, ale był ciekawy, o czym rozmawiają. Zaczął,
więc nasłuchiwać.
– … Nie zmienisz ich. Są Assassinami. –
Prychnął mężczyzna siedzący w fotelu. Wyglądał na naprawdę zmęczonego.
– Każdego da się ukształtować, ojcze. –
Mruknął rozbawiony mężczyzna i po prawił włosy. – Templariusze, Assassini, co
to za różnica? Nie ważne… I tak TO będzie nasze… – Mruknął i usiadł bezczelnie
na biurku obserwując staruszka. W swoim szesnastoletnim życiu Connor nigdy nie
widział aż tyle arogancji w jednym człowieku. – Jesteś już na emeryturze, więc…
– Ale wciąż mogę Cię zabić. – Wycharczał
starzec podnosząc się z fotela.
Connor przypadkiem pchnął drzwi, a
te zatrzasnęły się z cichym brzdęknięciem. Chłopak zaklął cicho, słysząc ruch w
pomieszczeniu. Desmond w tym czasie zbliżył się do niego na tyle, aby ten mógł
złapać chłopca za dłoń i pobiec do góry, po schodach. Prowadziły one do
drabiny, a ta na dach. Connor wyciągnął klucz z kieszeni spodni i otworzył kłódkę
zamocowaną przy stalowym włazie. Otworzyli ją i weszli na górę.
– Było warto… – Rzekł spokojnie Connor i
usiadł na płaskim dachu. Westchnął radośnie.
Siedzieli
w centrum miasta, na dachu. Nad nimi górował srebrny księżyc. Niebo było
nieskazitelne, pełne gwiazd oraz księżyca, w dole było słychać hałasujące od
czasu do czasu samochody. Connor znów wspominał czasy, gdy był dzieckiem. Ziio
i on leżeli na kocu, wpatrując się w niebo pełne gwiazd. Byli szczęśliwą
rodziną. W dodatku mama uczyła go wówczas gwiazdozbiorów. Był jedynym dzieckiem
z ich okolicy, które w tamtym czasie, chodziło naprawdę późno spać i wstawało
bardzo wcześnie. Rankiem, gdy wyskakiwał z łóżka był pełen energii i chęci na
zabawę. Jego ojczym zabierał go ze sobą do biura, popołudnia spędzali razem w
ogrodzie grając w planszówki, a wieczory Connor spędzał z Ziio. Najczęściej
jego mama czytała mu książki, albo wychodziła z nim na balkon lub stromy dach,
gdzie patrzyli po prostu na uśpioną okolicę.
Chłopak
sięgnął wspomnieniami do tych dni, gdy nie wiedział jeszcze, czym zajmowali się
jego rodzice. W sumie nie wiedział tego do dna dzisiejszego, ale… Pamiętał masę
osób, które przewijały się przez dom jego ojczyma.
Zazwyczaj
w te dni, gdy ludzi było naprawdę sporo ojczym zostawiał go w swoim gabinecie,
zabraniając wychodzenia z niego. Raz pamiętał, że wyściubił nos z tego
pomieszczenia, ponieważ chciał iść po swojego ulubionego, pluszowego misia.
Pech chciał, że natrafił na awanturę. Jego ojczym kłócił się z jakimś
mężczyzną. A raczej… Na odwrót. Facet był tak wściekły, że prawie rzucił się na
Achillesa. Powstrzymał się jednak, ale nim opuścił posiadłość zagroził, że
któregoś dnia przyjdzie i zniszczy ich. Niestety jego dziecięce wspomnienia
zacierały się w tym momencie. Teraz, gdy na to patrzył domyślał się, że jego
rodzicami byli Assassini, a dom był ich azylem, do których tylko nie liczni
mieli dostęp. Posiadłość Davenporta była duża i stworzona na planie prostokąta,
z wbudowanym kwadratowym bokiem i oknami na niemalże każdej ścianie. Dach był
spadzisty i składał się ze zwykłych czarnych dachówek, które ładnie komponowały
się z resztą czerwonych cegieł. Ich miejsce zamieszkania miało kolejno:
piwnicę, parter, pierwsze piętro oraz strych z wyjściem przez okna na dach. Za
domem była stajnia z końmi. Connor chodził tam czasami i pomagał rodzicom przy
koniach. Uwielbiał te zwierzęta i nie mógł się wówczas doczekać aż dostanie
pozwolenie od rodziców na dosiadnięcie jednego z nich.
Desmond
wtulił się w Connora, wyrywając go z otumanienia umysłu, w jaki się
wprowadził. Chłopiec spojrzał na niego
sennie, ziewając głośno. Nie ukrywał zmęczenia, co było dość rozczulające.
Connor objął go ramieniem i przesunął palcami po jego włosach. Uśmiechnął się
łagodnie i wstał.
– Śpiący jesteś? – Spytał spokojnie.
– Trochę… – Przyznał ziewając.
– Wracajmy.
– Okay. – Zapadła chwila milczenia. Nie
była ona nie przyjemna. Wręcz przeciwnie. Chłopiec ziewnął i podniósł zaspany
wzrok na chłopaka. – Masz ładny uśmiech. – Odezwał się sennie chłopiec, a
Connor stanął jak wryty. – Już drugi raz to przy mnie zrobiłeś… Dziękuję. –
Wymruczał jeszcze wtulony w niego. Chłopiec sięgał piętnastolatkowi do pasa. Po
chwili przetarł oczka. Widać było, że był przemęczony. Jego wiecznie radosne
oczka zamykały się i otwierały coraz leniwiej i leniwiej. Desmond potarł
ramionka, a Connor zdjął swoją koszulę i podał ją dzieciakowi. Miał na sobie
bluzkę z krótkim rękawem i długie spodnie. Chłopiec przyjął ją ostrożnie i
założył na siebie. Wyglądał w niej, co prawda śmiesznie, ale Connor uśmiechnął
się, ale tym razem w duchu patrząc na niego.
– Zejdź na dół i poczekaj na mnie. –
Powiedział jedynie i zabrał dłoń z jego włosów. Desmond spełnił jego prośbę, a
Connor popatrzył jeszcze przez kilka długich sekund w srebrną tarczę księżyca,
która powoli zaczęła chować się za chmurami. Tęsknię za tobą mamo pomyślał, a następnie zszedł do Desmonda.
Schował klucz do kieszeni spodni, gdy zamknął właz wychodzący na dach. Wziął
chłopca za rękę i zaprowadził do pokoju. Położył chłopca spać i zerknął na
materac, na którym spał nowy współlokator. Pewnie jutro dostaną łóżko.
Westchnął ciężko i nakrył ich nowego kolegę kocem. Chłopak otworzył oczy i
spojrzał na niego w milczeniu.
– Śpij… Ja tylko Cię przykrywam… –
Powiedział Connor uspokajającym tonem, ale chłopak usiadł i spojrzał na niego.
Zaczął wpatrywać się w Connora z zamyśleniem. Mimo ciemności Connor widział
jego smutne oczy, pozbawione dodatkowej radości. Widział je już gdzieś. Były
takie przygnębione, przybite i podobne do… Jego własnych. – Jak się nazywasz? –
Szepnął Connor i usiadł na materacu.
– Jestem Shay. Shay Cormac. – Dodał i
westchnął. – Przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie, ale oni mówilibym
nikomu nie ufał. – Powiedział niepewnie i przygryzł wargę, jakby uświadomił
sobie, że za dużo powiedział. Connor zmarszczył brwi i zerknął na niego
badawczo, przez co ten spiął się.
– „Oni”? – Zapytał dociekliwie Connor.
Shay milczał, a Connor nie naciskał. Nie odezwali się do siebie słowem przez
następnych parę minut. Connor nie czuł potrzeby by dociekać aż tak. Nastała
cisza, podczas której Connor zastanawiał się czy chłopak nie udaje, ale szybko
doszedł do wniosku, że obaj są zmęczeni. A on no cóż… Nie miał siły na
wysłuchiwanie nowych informacji. Jak wstaną to go wypyta. Ziewnął głośno i
wstał z materaca.
– Idź spać… – Mruknął jedynie i sam
przebrał się do spodni, po czym położył na łóżku.
– Przepraszam… – Mruknął Shay i położył
się na powrót na materacu, a następnie przykrył się kocem.
Desmond
przewrócił się na swoim łóżku na drugi bok i zamruczał coś cicho. Connor
położył się do łóżka i niemal od razu zasnął.
***
Rano obudził go cichy chichot
Desmonda i jakiś drugi głos. W pierwszej chwili nie zorientował się, kim jest
ta druga osoba, ale po chwili uświadomił sobie, że to Shay. Uchylił powieki i
pierwsze co dostrzegł to Desmond, który pochylał się nad nim z markerem w
drobnej dłoni. Najwyraźniej świetnie się bawił marząc mu po twarzy delikatnym
pędzelkiem.
– Mówiłem mu by tego nie robił. –
Mruknął Shay siedzący po turecku na łóżku chłopca z jabłkiem w dłoni. Connor
zmierzył Desmonda karcącym spojrzeniem i wstał z posłania idąc do łazienki.
Westchnął i podszedł do umywalki.
Nabrał trochę wody w dłonie i przemył twarz. Po chwili Przyjrzał się swojemu
odbiciu w lustrze. Dostrzegł tam krzywo narysowany nos psa i drobne wąsy. Tak…
Connor Wyglądał jak wilk. Chłopak poczuł rozbawienie. Ten „make-up” nawet mu
pasował, ale mimo wszystko i tak czuł lekką irytacje. Ostrożnie zmył z twarzy
zmywalny marker i wrócił do pokoju. Shay właśnie pomagał Desmondowi wiązać
buty.
– Idziemy na śniadanie.. – Mruknął szczęśliwie chłopiec i uśmiechnął się
szeroko do nich.
– Ta… A przepraszam to gdzie? – Connor
uniósł brew.
– Ale wyglądałeś uroczo! – Pisnął
Chłopiec, ale zaraz się zreflektował. – Przepraszam. Wiem, nie powinienem robić
takich rzeczy.
– Dobrze urwisie. Idź na śniadanie, ja
zaraz dołączę z Shay’em za jakiś czas. – Mruknął, a Desmond zrobił, co mu
powiedział chłopak. Po chwili zniknął za drzwiami. Connor przebrał się w świeże
spodnie i koszulkę z krótkim rękawem. – Musimy pogadać.
– Chyba masz rację… – Westchnął Shay.
– Zastanawiałem się, w jaki sposób tu
się dostałeś. Kim byli twoi rodzice i czemu właściwie teraz?
– Moi rodzice byli Assassinami. – Zaczął
spokojnie chłopak. Jego ton był jednak chłodny. – Pracowali w korporacji
farmaceutycznej Abstergo Industries. – Dodał jeszcze. – Zostałem tu skierowany,
ponieważ moi rodzice zostali zamordowani na moich oczach. – Jego głos zadrżał
od emocji. – Dwie kulki prosto w potylicę. Myślałem, że mnie też tak
potraktują, ale… – Zamilkł na chwilę. – Chcieli czegoś. Jakiegoś jabłka.
Później zostałem porwany przez tą samą grupę ludzi. Oni… Cały czas bredzili o
jakiś artefaktach. Kilku z nich poznałem. Byli to współ pracownicy mojego ojca.
Abstergo macza w tym palce. – Również zaczął się przebierać. – Podczas porwania
byłem bity prawie do nieprzytomności. – Zdjął koszulkę, pod którą miał szereg
blizn i prawdopodobnie źle zrośnięte żebra. W niektórych miejscach miał
rozlewające się po klatce piersiowej i brzuchu. Connor odwrócił głowę, nie
mogąc na to patrzeć. – W pewnym momencie zobaczyłem jednak znak. Czerwony krzyż
i…
– Templariusze… – Powiedział nagle
Connor, bardziej do siebie, niż do chłopaka.
– Tak. Skąd wiesz?
– Widziałem ten znak w paru książkach.
Nie ważne… Moi rodzice też byli Assassinami. – Powiedział Connor i opadł na
łóżko. – Ale byłem zbyt mały by wiedzieć o tym cokolwiek. Dowiedziałem się o
tych wszystkich powiązaniach dopiero wczoraj i… Boję się… Naprawdę boję się. –
Dokończył. – Dopiero teraz do mnie dotarło, że w wszyscy w tym domu dziecka, są
Assassinami. A co jeśli ktoś z góry robił to specjalnie? Co jeśli… – Connor
otworzył szeroko oczy. – Naszemu staremu dyrektorowi grozi niebezpieczeństwo! –
Wypalił i wykonał nieokreślony ruch ręki, jakby chciał odsunąć ze swojej drogi
chłopaka.
– Co? – Shay uniósł brew w
niedowierzaniu.
– Podsłuchałem wczoraj rozmowę Edwarda z
jego synem, a naszym nowym dyrektorem. – Connor zacisnął zęby na wardze i
zastanowił się przez chwilę. – Wynikało z niej, że mężczyzna chce zniewolić nas
i zniszczyć Assassinów od środka. Nie wiem tylko, w jaki sposób chce tego
dokonać. Jeśli dobrze zrozumiałem to groził również naszemu staruszkowi, że
jeśli ten wejdzie mu w drogę to źle to się skończy dla niego, ale sam nie
jestem pewny. – Connor zbladł jeszcze bardziej. – Nie mam jednak dowodów, na to
wszystko. – Powiedział i przetarł nerwowo skronie. – Cieszę się jednak, że nie
jestem jedyną osobą, która wie o tym wszystkim. O Assassinach.
– Connor spokojnie… Dotrzemy do dowodów.
– Powiedział spokojnie Shay i poklepał go po ramieniu. Shay również dokończył
się ubierać i obaj chłopcy wyszli z pokoju.
***
Desmond siedział już na stołówce i
żywo dyskutował ze swoimi nowymi znajomymi. Dzisiaj kucharka przygotowała
wszystkim tosty z serem i szynką, płatki, mleko oraz gorącą czekoladę lub
herbatę. Chłopcy nałożyli sobie wszystkiego i dosiedli się do dwóch dziewczyn,
z którymi Connor wczoraj wieczorem rozmawiał. Dziewczyny spojrzały na nich z
drugiego końca stołu i pomachały im. Po chwili wróciły do swojej rozmowy
chichocząc cicho. Connor i Shay odmachali im i zaczęli jeść.
– Jakieś pomysły na to jak zdobyć
dowody? – Zapytał.
– Uderz mnie w twarz… – Mruknął Shay
wpychając sobie do ust kawałek kanapki.
– Co? – Zapytał zaskoczony Connor. – Nie
będę Cię bił. – Upił łyk herbaty.
– Jak to?! – Wrzasnął Shay na całą sale
i rzucił się na Connora. Obaj chłopcy spadli z ławki. Connor zarył plecami o
kafelkową podłogę, a Shay wylądował na nim. Domyślił się, że chłopak nie chciał
walczyć na poważnie. Shay miał plan. Jaki? Tego jeszcze nie wiedział. Kilkoro dzieciaków
spojrzało na nich z ciekawością. Ktoś krzyknął: „Biją się!”. Connor złapał za
rękę starszego chłopaka, próbując się z nim szamotać. Chłopak zamachnął się
drugą pięścią, która została od razu sparowana. Ich spojrzenia się spotkały.
Shay odchylił się do tyłu i wyrwał pięść z uścisku dłoni Connora. Przez sekundę
wydawało mu się, że w jego oczach coś błysnęło, ale nie był pewien czy to był
podziw czy zwykła irytacja. Shay wstał, ale szybko został podcięty przez nogi
drugiego chłopaka lądując na nim ponownie. Zaczęli się szarpać. Turlali się po
podłodze, przemieszczając i walcząc między sobą.
Z
boku musieli wyglądać jak szarpiące się o mięso psy. Rzucali w siebie obelgami
i niemal popychali się, sporadycznie wymierzając w siebie ciosy pięści. W tym
czasie inne dzieciaki zrobiły już całkiem ciasny wianuszek obserwatorów. Connor
zamachnął się ręką, ale szybko został przybity przez wyższego chłopaka do
podłogi. Zrzucił go drugą, wymierzając mu cios prosto w szczękę. Shay zdążył
odskoczyć do tyłu. Wstał na równe nogi. Connor również się poderwał. Musiał
później go zapytać, gdzie nauczył się tak dobrze walczyć. Uniknął natarcia,
odskakując w bok. Obaj zaczęli dyszeć ciężko. Connor zerknął kątem oka w bok.
Zobaczył, że Desmond i dwie dziewczyny, z którymi rozmawiał wczoraj, wieczorem
wybiegają z pomieszczenia zapewne po opiekunów. To był błąd. Jeden z największych
popełnionych przez niego. Connor nie zauważył pięści mknącej w jego stronę.
Oberwał prosto w oko. Osoby w pomieszczeniu wstrzymały oddech, a Connor złapał
się za bolące miejsce i jęknął. Słyszał biegnące z powrotem dziewczyny i dwie
inne osoby. Już wiedział, że będą musieli się poddać. Spojrzał na chłopaka,
który skinął mu głową. Ostatni raz naparł na chłopaka i prawdopodobnie za mocno
go uderzył. Shay otworzył szeroko oczy i nie zdążył odskoczyć, gdy ręka Connora
wylądowała na jego wcześniej złamanych żebrach. Connor usłyszał ciche
chrupnięcie i przeraził się nie na żarty.
W
tym momencie do pomieszczenia wpadli dwaj opiekunowie i rozdzielili ich. Connor
z przerażeniem stwierdził, że chłopak wykasłał krew na jego koszulkę. Miał
nadzieję, że nie przebił mu płuca i że nie wykrwawi się zaraz na podłogę.
Wpatrzył się w chłopaka w milczeniu,
a później dał się wyprowadzić z Sali. Nie umiał zrozumieć, dlaczego jego serce
bije tak szybko. Wcześniej też bił się ze starszymi od siebie chłopakami, ale
żaden z nich nie oddziaływał na niego w ten sposób. Potrząsnął głową,
wyrzucając z głowy zbędne myśli i uświadomił sobie, że jest prowadzony przez
dwójkę ludzi do gabinetu ich nowego dyrektora.
Aveline trzymała biednego Shaya pod
ramieniem, a jego prowadził jeden z mniej lubianych go opiekunów. Był to Arno
Dorian. Zawsze nienagannie ubrany w białą koszulę i czarne spodnie. Przy pasku
miał zegarek. Dzisiaj miał nieco zarumienione policzka i rozwichrzone, brązowe
włosy. Spojrzał na niego niecierpliwie i prychnął. Coś mówił? Connor zamrugał i
skinął głupio głową. Jego spojrzenie wróciło do Shaya, który pobladł. Cholera, co ja zrobiłem? Pomyślał
cierpko i złapał oddech do płuc.
– To dobrze… – Mruknął Arno w tym
czasie. – Cieszę się, że zdajesz sobie sprawę z tego, że prawie zabiłeś kolegę.
– Prychnął i zapukał do gabinetu. Więc o
to chodziło. Po chwili dostali opanowane do granic możliwości zaproszenie
do środka. Connor wzdrygnął się na to, ale przekroczył próg pokoju. Dwaj
mężczyźni po patrzyli na nich ze zdziwieniem. Pewnie pomyśleli, że nic się
niestało, ale później…
– Rany boskie! Connor znowu się z kimś
pobiłeś? – Zapytał z przerażeniem Edward Kenway, widząc podbite oko chłopaka.
Starszy dyrektor odbił się od ściany, a następnie powoli podszedł do niego.
Arno prychnął i usadził chłopaka na krześle.
– On nie tylko pobił kolegę, on prawie
zabił drugiego człowieka. – Powiedział, a do gabinetu został wprowadzony Shay.
Shay
wyglądał okropnie. Z kącików ust powoli ciekła krew, oczy miał nieco
przymknięte i oddychał ciężko. A gdy nowy dyrektor poderwał się z nad biurka,
chłopak wypluł trochę czerwonej plwociny na podłogę, po czym słabo i nie pewnie
spojrzał na zgromadzenie. Cisza, jaka nastała była nie przyjemna i przerywana
jedynie ciężkim, rzężącym oddechem chłopaka.
– To ja zadzwonię po karetkę. –
Westchnął ciężko Haytham i wziął telefon do ręki. Szybko wybrał numer i
poinformował osobę po drugiej stronie, że mają w ośrodku chłopaka ze złamanym
żebrem i że natychmiast potrzebują pomocy. Podał adres, a po drugiej stronie
otrzymał informacje, iż muszą poczekać około dziesięciu minut na przyjazd
karetki. Mężczyzna zastukał nerwowo palcami w blat biurka i zgodził się.
Rozłączył się i odłożył telefon. Podszedł do okna, wpatrując się niewidzącym
wzrokiem w przestrzeń za nim. Connor spojrzał ze strachem na Edwarda, który po
prosił, aby zbędne osoby wyszły. Aveline usadziła Shaya na kanapie, po czym
wzięła za rękę wkurzonego Arno, a następnie wyszła.
Edward milczał, a atmosfera znów
zaczęła robić się nieprzyjemnie gęsta.
– Nie wyjaśnisz nam tego? – Zapytał w
końcu Haytham odwracając się od okna. Connorowi zabiło serce z przerażenia. Nie
odezwał się, bo co miał powiedzieć, że ląduje na dywaniku dyrektora średnio raz
w miesiącu? Czy może fakt, że miał trudny charakter i był naiwny, bo dał się
wrobić w coś na wzór bójki.
– Ale o co Panu cho…
– Nie zgrywaj kretyna! – Warknął cicho.
– Doskonale wiesz, o czym mówię. – Prychnął wkurzony. – Będziesz miał taką
karę, że przez tydzień będziesz się szorował, bo czysty nie wyjdziesz z…
– Spokój! – Syknął Edward patrząc na
nich z góry. Haytham najpierw otworzył, później zamknął usta. Prychnął cicho i
założył ręce na klatce piersiowej. – Powinniśmy się najpierw zająć chłopakiem.
– Mruknął jeszcze zmęczonym tonem i pomógł położyć się chłopakowi. Podniósł mu
koszulkę, a Connora oblał pot, widząc ilość siniaków pozostawionych mu przez
tamtych napastników. Przełknął ślinę. Edward odwrócił się do Haythama. – Nie wygląda
to najlepiej… – Mruknął.
– Prze-przepraszam… – Wydukał
spanikowany chłopak. Modlił się, aby karetka jak najszybciej przyjechała.
Nowy
dyrektor westchnął ciężko i sięgnął do jednej z szafek, – w której była ukryta
zamrażarka, – po dwa woreczki z lodem. Podał jeden ojcu, aby przyłożył do
obolałego miejsca chłopakowi, drugi dał Connorowi.
– Zmniejszy opuchliznę i ból… – Bąknął
niecierpliwie widząc zdziwienie chłopaka. – Mam Ci potrzymać? – Prychnął, a
Connor szarpnął za woreczek i przyłożył go do oka. Początkowo jęknął z bólu,
ale później poczuł ulgę. Właściwie to nie poczuł wcześniej bólu, ale dopiero
teraz. Był w zbyt dużym szoku, aby cokolwiek zrobić z tym wszystkim. – Poza tym
mnie nie przepraszaj… – Mruknął i zerknął przez okno. Karetka właśnie
podjechała pod dom dziecka.
…******…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz