środa, 7 października 2020

Part 3 - Pod srebrnym księżycem…

 Dobra trochę przegięłam, ale ciii…

Nie betowane.

Rozdział: 3. – Pod srebrnym księżycem…

Mogliby tak jeszcze długo siedzieć u kobiety, ale Connor doskonale wiedział, że jeśli się spóźnią na kolację, to może się to dla nich źle skończyć. Co prawda pewnie dostali by jedynie burę od starego dyrektora, ale woleli nie ryzykować i wrócić do domu dziecka przed kolacją. Zwłaszcza, że jutro miał przyjść ktoś nowy. Podziękowali za herbatę i powoli wyszli z części mieszkalnej, a następnie opuścili budynek biblioteki, żegnając się ze staruszką.

Connor westchnął cicho i zamknął oczy. Życie mogłoby być prostsze, gdyby żyła jego mama. Wytłumaczyłaby mu wszystko, przytuliła i powiedziała, że będzie dobrze. A zresztą był święcie przekonany, że to co powiedziała im kobieta to zwykłe bujdy na resorach, chociaż… Kto wie? W każdej historii jest ziarno prawdy, prawda? Zmarszczył brwi i spojrzał na Desmonda, który uśmiechnął się do niego. Poczochrał go po głowie, wzdychając przy tym ciężko.

          Jesteś zamyślony… – Mruknął Desmond w pewnej chwili. Connor zamrugał, po czym spojrzał na niego.

          Tak, to prawda… – Powiedział i wypuścił ciężko powietrze z płuc. – Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony jest to dla mnie coś normalnego, ale z drugiej… To irracjonalne, że kobieta, którą poznaliśmy dzisiaj podała nam takie informacje, a oprócz tego dostałem to… – Connor skinął głową na pudełko, które trzymał pod pachą. Zmrużył oczy, a Desmond uniósł brew. – Chyba nie czuję się na siłach, aby cokolwiek zrobić z tym co już wiem… – Mruknął. Złapał za dłoń Desmonda i obaj chłopcy przeszli przez drogę, a następnie poszli do domu dziecka.

          Czuję przygodę w powietrzu… – Zaśmiał się Desmond, a Connor pokręcił jedynie głową.

            Do kolacji zostało im naprawdę mało czasu, więc niemal biegiem poszli umyć ręce. Connor poszedł jeszcze do pokoju, żeby schować pudełko pod łóżko. Później razem z Desmondem poszli na zbiórkę. Aveline stała i czekała na nich przed wejściem do stołówki. Przeliczyła wszystkie dzieciaki i z ulgą zanotowała coś w swoim grafiku. Do Connora posłała jednak matczyny uśmiech i poczochrała go pogłowie, przechodząc obok nich.

          Cieszę się, że jesteście. – Mruknęła z dziwną ulgą i puściła mu oczko. Connor po prostu skinął jej głową. Poszedł na stołówkę poprawiając włosy. Zawsze go czochrała, gdy miała do tego okazję, a Connor? Cóż po prostu przyzwyczaił się do tego. Kiedyś nikt nie miał prawa dotykać jego włosów poza jego mamą. Pamiętał, jak jeszcze kilka lat temu rozpłakał się, gdy opiekunka chciała go obciąć. Wytłumaczyła mu jednak, że będzie nie długo wyglądać jak dziewczynka. Powiedziała też, że jego włosy odrosną za jakiś czas. Miała rację, ale Connor polubił swoją nową fryzurę i nie chciał jej zmieniać.

            Dzisiaj na kolacje były kanapki z szynką lub serem, grysik na mleku, ciastko oraz herbata. Connor lubił wszystko, więc bez marudzenia nalał sobie trochę zupy mlecznej, po czym odstawił talerz na tacę. Dołożył jeszcze kanapki i herbatę. Desmond’owi zaś wziął tylko kanapki i nalał mu trochę mleka do kubka, znając nawyki żywieniowe chłopca. Gdy skończył Desmond pociągnął go do jednego ze stolików, gdzie było najmniej dzieciaków, które nałożyły już sobie swój posiłek na talerz. Byli w końcu współlokatorami.

          Nie chcesz iść do innych dzieci w twoim wieku? – Zapytał niepewnie. Przy stoliku siedziały głównie osoby starsze niż Desmond.

          Nie. – Mruknął, ale jego oczy powędrowały w kierunku grupki dzieci. Jedno ze smyków najwidoczniej wzbudziło w chłopcu specjalne zainteresowanie, ponieważ Desmond patrzył wprost na niego. Miał Ciemne blond włosy, brązowe oczy. Nosił na sobie brązowy sweterek i przetarte jeansy. Siedział z dwoma dziewczynkami w wieku Desmonda. Blondynka i czarnowłosa. Ta pierwsza miała białą sukienkę w niebieskie kwiatki, a druga czarny t-shirt i moro bojówki. Desmond zawstydził się i ukrył twarzyczkę w rękawie koszuli Connora. Ten prychnął cicho i poczochrał go po głowie, stawiając tacę z jedzeniem na stole.

          Nie wstydź się. Idź… – Mruknął. – Chyba, że… mam z nimi pogadać? – Zapytał cicho, a Desmond przeniósł na niego zdziwione spojrzenie.

          A-a mógłbyś? – Zapytał cicho i spojrzał na niego wielkimi oczami.

          Jasne… – Mruknął i podszedł do nich, pytając czy Desmond może do nich się przysiąść. Ciemny blondyn spojrzał na Connor’a sceptycznie, ale wzruszył ramionami. Dziewczyny spojrzały natomiast na chłopca nerwowo tuptającego w miejscu, po czym zachichotały i skinęły mu radośnie głową mówiąc, że nie ma sprawy. Connor odwrócił się na pięcie i wrócił do Desmonda. – Zgodzili się… – Rzucił, a Desmond podziękował mu. Connor podał mu talerz i sam zaniósł mu herbatę bojąc się, że ten ją wyleje, zestresowany i poparzy siebie, albo resztę.

            Po chwili Connor wrócił do swojego stolika i zaczął jeść swobodnie kolacje. Nie zamienił z nikim słowa, tak jak i inni z nim. Po co miał się odzywać nieproszony? W pewnym momencie wyczuł jak ktoś na niego patrzy. Zaintrygowany, więc rozejrzał się, po chwili widząc chłopaka w jego wieku opierającego się o ścianę. Miał ciemno brązowe, sięgające ramion włosy spięte w wysoki, czerwoną gumką kok. W jego drżących rękach spoczywała czarna, zwykła kurtka. Sam chłopak był ubrany w białą koszulkę i czarne podarte na kolanach spodnie. W jego brązowych, szklistych oczach było widoczne przerażenie. Connor nie kojarzył w ogóle chłopaka. Pewnie nowy, pomyślał szybko, a jego wątpliwości miały się wkrótce potwierdzić. Gdy ich spojrzenia się spotkały oczy chłopaka natychmiast uciekły gdzieś w bok. Jakby go nigdy nie obserwował. Connor prychnął i wsadził sobie ostatnią łyżkę grysiku do ust. Zjadł jeszcze kanapki i po pił to wszystko herbatą. Dopiero wtedy usłyszał, jak ktoś mówi o nowym.

          … To ten nowy? – Szepnęła jedna z dziewczyn podekscytowanym tonem. Siedziały niedaleko niego, przy tym samym stole. Druga dziewczyna skinęła mu głową. – Patrzy… – Zachichotała.

          Tak, ale… podobno był… no wiesz… Bity i dotykany. Przywieźli go z dwie godziny temu. Dostał już dwa razy ataku histerii, gdy dyrektor próbował z nim porozmawiać no wiesz, sam na sam.. Podobno… Panicznie boi się jakiegokolwiek dotyku, ale to wszystko tylko plotki. – Mruknęła w odpowiedzi druga, splatając palce pod brodą i zerkając na stojącego w jednym miejscu chłopaka. – Trochę dziwne, że dopiero teraz do nas trafił. – Wzruszyła ramionami.

          Do jakiego pokoju ma trafić? – Zagadnął nagle Connor.

          Co? – Pierwsza dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. – A! Tak, do twojego. Podobno ośrodek jest przepełniony. – Powiedziała jeszcze. – Będzie spał na materacu obok twojego i Desmond’a łóżka. – Dodała jeszcze, a Connor westchnął. Mógł się domyślić, że tak to się skończy. No cóż… Mógł się pożegnać z wieczornym wyjściem i patrzeniem na księżyc w pełni, a przynajmniej tak mu się wydawało.

Westchnął cicho i wstał.

Desmond śmiał się cicho z dzieciakami. Connor poczekał aż zje i wziął go za rękę. Desmond pomachał im na pożegnanie i poszli do pokoju. Otworzyli drzwi i zobaczyli materac rozłożony na podłodze. Czyli to prawda… będą mieli współlokatora.

          Co to? – Zapytał cicho Desmond.

          Materac. Będziemy mieć współlokatora. – Stwierdził cicho, a później zamknął drzwi.

          Ale fajnie! – Pisnął Desmond siadając na łóżku. – Kiedy przyjdzie?

            Connor wzruszył ramionami.

          Nie wiem… – Stwierdził przy tym. – Pewnie jak się wykąpie. – Dodał i wziął klucz z szafeczki nocnej. – Pamiętasz? – Zapytał. Chłopiec podskoczył radośnie na poduszkach i uśmiechnął się szeroko. Skinął mu głową. – Musimy być bardzo cicho. – Szepnął.

          Wiem. Wiem… – Oburzył się lekko Desmond. – Nie traktuj mnie jak dziecko.

          Jesteś dzieckiem. – Prychnął rozbawiony Connor. Po chwili do pokoju ktoś nieśmiało zapukał. – Proszę… – Rzucił Connor, a do pokoju wszedł ten sam chłopak, którego widział w stołówce. Ręce mu się trzęsły, a jego ciało było wyraźnie osłabione. Wyglądał na dosyć zamkniętego w sobie, cichego dzieciaka. Chłopak bez słowa położył się na materacu. Zamknął oczy i… zasnął?

          Hej! – Pisnął Desmond i spróbował wskoczyć na chłopaka, ale ręce należące do Connora złapały go w pasie, w połowie lotu na ich nowego kolegę. Chłopak odchylił koc, po czym otworzył szeroko oczy i spojrzał na nich pełen lęku.  – Heej! – Tym razem było to skierowane do Connora. – Puść! – Jęknął i uderzył piąstkami w trzymające go ręce.

          Zobacz… – Rzucił Connor i wskazał na ich współlokatora palcem wolnej ręki. – Boi się.. – Mruknął cicho i posłał mu zdenerwowane spojrzenie. Uspokoił chłopaka, sadzając go na swoich kolanach.

          Nie musicie mówić jakby mnie tu nie było…. – Szepnął cicho nowy. Jego głos był zachrypnięty do tego stopnia, że Connor nie wiedział czy po prawnie usłyszał zdanie. Wypuścił chłopca z objęć, a ten usiadł naburmuszony na łóżku.

          Wyglądasz, jak ofiara przemocy domowej. – Rzucił, a Connor skarcił go spojrzeniem.

          Wybacz mu, jest nieokrzesany. – Mruknął cicho. – Jak chcesz to możesz się położyć na moim łóżku, ja zajmę twój materac. – Chłopak spojrzał na niego wielkimi oczami, ale pokręcił głową.

          Nie! – Zakrył się po uszy kocem. Chłopak westchnął. – Dziękuję, ale… nie trzeba. – Rzucił drżącym głosem. Brzmiał jakby miał się zaraz rozpłakać.

          Nie płacz. – Mruknął błagalnie Connor i powoli wyciągnął rękę do niego. Chłopak cofnął się i prawie spadł z materaca. Proces oswajania, część pierwsza, pomyślał Connor. – Jak chcesz… – Cofnął dłoń i wsunął ją do kieszeni spodni. – My na razie wychodzimy. Będziemy około dwunastej. – Stwierdził i pociągnął Desmonda za rękę. Chłopak ukrył twarz w kocu i skinął im głową. – Ach! – Jestem Connor, a to Desmond. – Rzucił jeszcze, a później wyszedł z chłopcem, nie oczekując odpowiedzi. Wiedział, że to może być dla niego trudne.

            Szli przez dłuższą chwilę korytarzem. Connor na słuchiwał czy ktoś, aby na pewno nie idzie. Aveline, już pewnie poszła spać, albo jest w trakcie czytania jakiegoś romansidła. Na dach prowadziła tylko jedna, długa droga. Okraszona dwoma przystankami związanymi z nadzorem. Jednym z nich był dyrektor, drugim ich opiekunowie. Musieli się przekraść i Connor wiedział o tym doskonale.

            Ukucnęli przy pierwszym z nich, po czym bezszelestnie i powoli przemknęli pod recepcją. Poszli prosto i skręcili na prawo. Tam, na końcu korytarza było wyjście na dach, ale przed nim zawsze uchylone drzwi do gabinetu dyrektora.

          Zaczekaj tutaj… – Powiedział szeptem Connor do chłopca. Desmond skinął mu głową nie robiąc hałasu. Connor przekradł się do drzwi, nie rozumiejąc, dlaczego u dyrektora jeszcze pali się światło. Zerknął przez uchylone drzwi do środka gabinetu i ujrzał dwóch mężczyzn. Dyskutowali o czymś. Nie znał go, ale był ciekawy, o czym rozmawiają. Zaczął, więc nasłuchiwać.

          … Nie zmienisz ich. Są Assassinami. – Prychnął mężczyzna siedzący w fotelu. Wyglądał na naprawdę zmęczonego.

          Każdego da się ukształtować, ojcze. – Mruknął rozbawiony mężczyzna i po prawił włosy. – Templariusze, Assassini, co to za różnica? Nie ważne… I tak TO będzie nasze… – Mruknął i usiadł bezczelnie na biurku obserwując staruszka. W swoim szesnastoletnim życiu Connor nigdy nie widział aż tyle arogancji w jednym człowieku. – Jesteś już na emeryturze, więc…

          Ale wciąż mogę Cię zabić. – Wycharczał starzec podnosząc się z fotela.    

            Connor przypadkiem pchnął drzwi, a te zatrzasnęły się z cichym brzdęknięciem. Chłopak zaklął cicho, słysząc ruch w pomieszczeniu. Desmond w tym czasie zbliżył się do niego na tyle, aby ten mógł złapać chłopca za dłoń i pobiec do góry, po schodach. Prowadziły one do drabiny, a ta na dach. Connor wyciągnął klucz z kieszeni spodni i otworzył kłódkę zamocowaną przy stalowym włazie. Otworzyli ją i weszli na górę.

          Było warto… – Rzekł spokojnie Connor i usiadł na płaskim dachu. Westchnął radośnie.

Siedzieli w centrum miasta, na dachu. Nad nimi górował srebrny księżyc. Niebo było nieskazitelne, pełne gwiazd oraz księżyca, w dole było słychać hałasujące od czasu do czasu samochody. Connor znów wspominał czasy, gdy był dzieckiem. Ziio i on leżeli na kocu, wpatrując się w niebo pełne gwiazd. Byli szczęśliwą rodziną. W dodatku mama uczyła go wówczas gwiazdozbiorów. Był jedynym dzieckiem z ich okolicy, które w tamtym czasie, chodziło naprawdę późno spać i wstawało bardzo wcześnie. Rankiem, gdy wyskakiwał z łóżka był pełen energii i chęci na zabawę. Jego ojczym zabierał go ze sobą do biura, popołudnia spędzali razem w ogrodzie grając w planszówki, a wieczory Connor spędzał z Ziio. Najczęściej jego mama czytała mu książki, albo wychodziła z nim na balkon lub stromy dach, gdzie patrzyli po prostu na uśpioną okolicę.

Chłopak sięgnął wspomnieniami do tych dni, gdy nie wiedział jeszcze, czym zajmowali się jego rodzice. W sumie nie wiedział tego do dna dzisiejszego, ale… Pamiętał masę osób, które przewijały się przez dom jego ojczyma.

Zazwyczaj w te dni, gdy ludzi było naprawdę sporo ojczym zostawiał go w swoim gabinecie, zabraniając wychodzenia z niego. Raz pamiętał, że wyściubił nos z tego pomieszczenia, ponieważ chciał iść po swojego ulubionego, pluszowego misia. Pech chciał, że natrafił na awanturę. Jego ojczym kłócił się z jakimś mężczyzną. A raczej… Na odwrót. Facet był tak wściekły, że prawie rzucił się na Achillesa. Powstrzymał się jednak, ale nim opuścił posiadłość zagroził, że któregoś dnia przyjdzie i zniszczy ich. Niestety jego dziecięce wspomnienia zacierały się w tym momencie. Teraz, gdy na to patrzył domyślał się, że jego rodzicami byli Assassini, a dom był ich azylem, do których tylko nie liczni mieli dostęp. Posiadłość Davenporta była duża i stworzona na planie prostokąta, z wbudowanym kwadratowym bokiem i oknami na niemalże każdej ścianie. Dach był spadzisty i składał się ze zwykłych czarnych dachówek, które ładnie komponowały się z resztą czerwonych cegieł. Ich miejsce zamieszkania miało kolejno: piwnicę, parter, pierwsze piętro oraz strych z wyjściem przez okna na dach. Za domem była stajnia z końmi. Connor chodził tam czasami i pomagał rodzicom przy koniach. Uwielbiał te zwierzęta i nie mógł się wówczas doczekać aż dostanie pozwolenie od rodziców na dosiadnięcie jednego z nich.

Desmond wtulił się w Connora, wyrywając go z otumanienia umysłu, w jaki się wprowadził.  Chłopiec spojrzał na niego sennie, ziewając głośno. Nie ukrywał zmęczenia, co było dość rozczulające. Connor objął go ramieniem i przesunął palcami po jego włosach. Uśmiechnął się łagodnie i wstał.

          Śpiący jesteś? – Spytał spokojnie.

          Trochę… – Przyznał ziewając.

          Wracajmy.

          Okay. – Zapadła chwila milczenia. Nie była ona nie przyjemna. Wręcz przeciwnie. Chłopiec ziewnął i podniósł zaspany wzrok na chłopaka. – Masz ładny uśmiech. – Odezwał się sennie chłopiec, a Connor stanął jak wryty. – Już drugi raz to przy mnie zrobiłeś… Dziękuję. – Wymruczał jeszcze wtulony w niego. Chłopiec sięgał piętnastolatkowi do pasa. Po chwili przetarł oczka. Widać było, że był przemęczony. Jego wiecznie radosne oczka zamykały się i otwierały coraz leniwiej i leniwiej. Desmond potarł ramionka, a Connor zdjął swoją koszulę i podał ją dzieciakowi. Miał na sobie bluzkę z krótkim rękawem i długie spodnie. Chłopiec przyjął ją ostrożnie i założył na siebie. Wyglądał w niej, co prawda śmiesznie, ale Connor uśmiechnął się, ale tym razem w duchu patrząc na niego.

          Zejdź na dół i poczekaj na mnie. – Powiedział jedynie i zabrał dłoń z jego włosów. Desmond spełnił jego prośbę, a Connor popatrzył jeszcze przez kilka długich sekund w srebrną tarczę księżyca, która powoli zaczęła chować się za chmurami. Tęsknię za tobą mamo pomyślał, a następnie zszedł do Desmonda. Schował klucz do kieszeni spodni, gdy zamknął właz wychodzący na dach. Wziął chłopca za rękę i zaprowadził do pokoju. Położył chłopca spać i zerknął na materac, na którym spał nowy współlokator. Pewnie jutro dostaną łóżko. Westchnął ciężko i nakrył ich nowego kolegę kocem. Chłopak otworzył oczy i spojrzał na niego w milczeniu.

          Śpij… Ja tylko Cię przykrywam… – Powiedział Connor uspokajającym tonem, ale chłopak usiadł i spojrzał na niego. Zaczął wpatrywać się w Connora z zamyśleniem. Mimo ciemności Connor widział jego smutne oczy, pozbawione dodatkowej radości. Widział je już gdzieś. Były takie przygnębione, przybite i podobne do… Jego własnych. – Jak się nazywasz? – Szepnął Connor i usiadł na materacu.

          Jestem Shay. Shay Cormac. – Dodał i westchnął. – Przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie, ale oni mówilibym nikomu nie ufał. – Powiedział niepewnie i przygryzł wargę, jakby uświadomił sobie, że za dużo powiedział. Connor zmarszczył brwi i zerknął na niego badawczo, przez co ten spiął się.

          „Oni”? – Zapytał dociekliwie Connor. Shay milczał, a Connor nie naciskał. Nie odezwali się do siebie słowem przez następnych parę minut. Connor nie czuł potrzeby by dociekać aż tak. Nastała cisza, podczas której Connor zastanawiał się czy chłopak nie udaje, ale szybko doszedł do wniosku, że obaj są zmęczeni. A on no cóż… Nie miał siły na wysłuchiwanie nowych informacji. Jak wstaną to go wypyta. Ziewnął głośno i wstał z materaca.

          Idź spać… – Mruknął jedynie i sam przebrał się do spodni, po czym położył na łóżku.

          Przepraszam… – Mruknął Shay i położył się na powrót na materacu, a następnie przykrył się kocem.

Desmond przewrócił się na swoim łóżku na drugi bok i zamruczał coś cicho. Connor położył się do łóżka i niemal od razu zasnął.

***

            Rano obudził go cichy chichot Desmonda i jakiś drugi głos. W pierwszej chwili nie zorientował się, kim jest ta druga osoba, ale po chwili uświadomił sobie, że to Shay. Uchylił powieki i pierwsze co dostrzegł to Desmond, który pochylał się nad nim z markerem w drobnej dłoni. Najwyraźniej świetnie się bawił marząc mu po twarzy delikatnym pędzelkiem.

          Mówiłem mu by tego nie robił. – Mruknął Shay siedzący po turecku na łóżku chłopca z jabłkiem w dłoni. Connor zmierzył Desmonda karcącym spojrzeniem i wstał z posłania idąc do łazienki.

            Westchnął i podszedł do umywalki. Nabrał trochę wody w dłonie i przemył twarz. Po chwili Przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. Dostrzegł tam krzywo narysowany nos psa i drobne wąsy. Tak… Connor Wyglądał jak wilk. Chłopak poczuł rozbawienie. Ten „make-up” nawet mu pasował, ale mimo wszystko i tak czuł lekką irytacje. Ostrożnie zmył z twarzy zmywalny marker i wrócił do pokoju. Shay właśnie pomagał Desmondowi wiązać buty.

          Idziemy na śniadanie.. –  Mruknął szczęśliwie chłopiec i uśmiechnął się szeroko do nich.

          Ta… A przepraszam to gdzie? – Connor uniósł brew.

          Ale wyglądałeś uroczo! – Pisnął Chłopiec, ale zaraz się zreflektował. – Przepraszam. Wiem, nie powinienem robić takich rzeczy.

          Dobrze urwisie. Idź na śniadanie, ja zaraz dołączę z Shay’em za jakiś czas. – Mruknął, a Desmond zrobił, co mu powiedział chłopak. Po chwili zniknął za drzwiami. Connor przebrał się w świeże spodnie i koszulkę z krótkim rękawem. – Musimy pogadać.

          Chyba masz rację… – Westchnął Shay.

          Zastanawiałem się, w jaki sposób tu się dostałeś. Kim byli twoi rodzice i czemu właściwie teraz?

          Moi rodzice byli Assassinami. – Zaczął spokojnie chłopak. Jego ton był jednak chłodny. – Pracowali w korporacji farmaceutycznej Abstergo Industries. – Dodał jeszcze. – Zostałem tu skierowany, ponieważ moi rodzice zostali zamordowani na moich oczach. – Jego głos zadrżał od emocji. – Dwie kulki prosto w potylicę. Myślałem, że mnie też tak potraktują, ale… – Zamilkł na chwilę. – Chcieli czegoś. Jakiegoś jabłka. Później zostałem porwany przez tą samą grupę ludzi. Oni… Cały czas bredzili o jakiś artefaktach. Kilku z nich poznałem. Byli to współ pracownicy mojego ojca. Abstergo macza w tym palce. – Również zaczął się przebierać. – Podczas porwania byłem bity prawie do nieprzytomności. – Zdjął koszulkę, pod którą miał szereg blizn i prawdopodobnie źle zrośnięte żebra. W niektórych miejscach miał rozlewające się po klatce piersiowej i brzuchu. Connor odwrócił głowę, nie mogąc na to patrzeć. – W pewnym momencie zobaczyłem jednak znak. Czerwony krzyż i…

          Templariusze… – Powiedział nagle Connor, bardziej do siebie, niż do chłopaka.

          Tak. Skąd wiesz?

          Widziałem ten znak w paru książkach. Nie ważne… Moi rodzice też byli Assassinami. – Powiedział Connor i opadł na łóżko. – Ale byłem zbyt mały by wiedzieć o tym cokolwiek. Dowiedziałem się o tych wszystkich powiązaniach dopiero wczoraj i… Boję się… Naprawdę boję się. – Dokończył. – Dopiero teraz do mnie dotarło, że w wszyscy w tym domu dziecka, są Assassinami. A co jeśli ktoś z góry robił to specjalnie? Co jeśli… – Connor otworzył szeroko oczy. – Naszemu staremu dyrektorowi grozi niebezpieczeństwo! – Wypalił i wykonał nieokreślony ruch ręki, jakby chciał odsunąć ze swojej drogi chłopaka.

          Co? – Shay uniósł brew w niedowierzaniu.

          Podsłuchałem wczoraj rozmowę Edwarda z jego synem, a naszym nowym dyrektorem. – Connor zacisnął zęby na wardze i zastanowił się przez chwilę. – Wynikało z niej, że mężczyzna chce zniewolić nas i zniszczyć Assassinów od środka. Nie wiem tylko, w jaki sposób chce tego dokonać. Jeśli dobrze zrozumiałem to groził również naszemu staruszkowi, że jeśli ten wejdzie mu w drogę to źle to się skończy dla niego, ale sam nie jestem pewny. – Connor zbladł jeszcze bardziej. – Nie mam jednak dowodów, na to wszystko. – Powiedział i przetarł nerwowo skronie. – Cieszę się jednak, że nie jestem jedyną osobą, która wie o tym wszystkim. O Assassinach.

          Connor spokojnie… Dotrzemy do dowodów. – Powiedział spokojnie Shay i poklepał go po ramieniu. Shay również dokończył się ubierać i obaj chłopcy wyszli z pokoju.

***

            Desmond siedział już na stołówce i żywo dyskutował ze swoimi nowymi znajomymi. Dzisiaj kucharka przygotowała wszystkim tosty z serem i szynką, płatki, mleko oraz gorącą czekoladę lub herbatę. Chłopcy nałożyli sobie wszystkiego i dosiedli się do dwóch dziewczyn, z którymi Connor wczoraj wieczorem rozmawiał. Dziewczyny spojrzały na nich z drugiego końca stołu i pomachały im. Po chwili wróciły do swojej rozmowy chichocząc cicho. Connor i Shay odmachali im i zaczęli jeść.

          Jakieś pomysły na to jak zdobyć dowody? – Zapytał.

          Uderz mnie w twarz… – Mruknął Shay wpychając sobie do ust kawałek kanapki.

          Co? – Zapytał zaskoczony Connor. – Nie będę Cię bił. – Upił łyk herbaty.

          Jak to?! – Wrzasnął Shay na całą sale i rzucił się na Connora. Obaj chłopcy spadli z ławki. Connor zarył plecami o kafelkową podłogę, a Shay wylądował na nim. Domyślił się, że chłopak nie chciał walczyć na poważnie. Shay miał plan. Jaki? Tego jeszcze nie wiedział. Kilkoro dzieciaków spojrzało na nich z ciekawością. Ktoś krzyknął: „Biją się!”. Connor złapał za rękę starszego chłopaka, próbując się z nim szamotać. Chłopak zamachnął się drugą pięścią, która została od razu sparowana. Ich spojrzenia się spotkały. Shay odchylił się do tyłu i wyrwał pięść z uścisku dłoni Connora. Przez sekundę wydawało mu się, że w jego oczach coś błysnęło, ale nie był pewien czy to był podziw czy zwykła irytacja. Shay wstał, ale szybko został podcięty przez nogi drugiego chłopaka lądując na nim ponownie. Zaczęli się szarpać. Turlali się po podłodze, przemieszczając i walcząc między sobą.

Z boku musieli wyglądać jak szarpiące się o mięso psy. Rzucali w siebie obelgami i niemal popychali się, sporadycznie wymierzając w siebie ciosy pięści. W tym czasie inne dzieciaki zrobiły już całkiem ciasny wianuszek obserwatorów. Connor zamachnął się ręką, ale szybko został przybity przez wyższego chłopaka do podłogi. Zrzucił go drugą, wymierzając mu cios prosto w szczękę. Shay zdążył odskoczyć do tyłu. Wstał na równe nogi. Connor również się poderwał. Musiał później go zapytać, gdzie nauczył się tak dobrze walczyć. Uniknął natarcia, odskakując w bok. Obaj zaczęli dyszeć ciężko. Connor zerknął kątem oka w bok. Zobaczył, że Desmond i dwie dziewczyny, z którymi rozmawiał wczoraj, wieczorem wybiegają z pomieszczenia zapewne po opiekunów. To był błąd. Jeden z największych popełnionych przez niego. Connor nie zauważył pięści mknącej w jego stronę. Oberwał prosto w oko. Osoby w pomieszczeniu wstrzymały oddech, a Connor złapał się za bolące miejsce i jęknął. Słyszał biegnące z powrotem dziewczyny i dwie inne osoby. Już wiedział, że będą musieli się poddać. Spojrzał na chłopaka, który skinął mu głową. Ostatni raz naparł na chłopaka i prawdopodobnie za mocno go uderzył. Shay otworzył szeroko oczy i nie zdążył odskoczyć, gdy ręka Connora wylądowała na jego wcześniej złamanych żebrach. Connor usłyszał ciche chrupnięcie i przeraził się nie na żarty.

W tym momencie do pomieszczenia wpadli dwaj opiekunowie i rozdzielili ich. Connor z przerażeniem stwierdził, że chłopak wykasłał krew na jego koszulkę. Miał nadzieję, że nie przebił mu płuca i że nie wykrwawi się zaraz na podłogę.

            Wpatrzył się w chłopaka w milczeniu, a później dał się wyprowadzić z Sali. Nie umiał zrozumieć, dlaczego jego serce bije tak szybko. Wcześniej też bił się ze starszymi od siebie chłopakami, ale żaden z nich nie oddziaływał na niego w ten sposób. Potrząsnął głową, wyrzucając z głowy zbędne myśli i uświadomił sobie, że jest prowadzony przez dwójkę ludzi do gabinetu ich nowego dyrektora.

            Aveline trzymała biednego Shaya pod ramieniem, a jego prowadził jeden z mniej lubianych go opiekunów. Był to Arno Dorian. Zawsze nienagannie ubrany w białą koszulę i czarne spodnie. Przy pasku miał zegarek. Dzisiaj miał nieco zarumienione policzka i rozwichrzone, brązowe włosy. Spojrzał na niego niecierpliwie i prychnął. Coś mówił? Connor zamrugał i skinął głupio głową. Jego spojrzenie wróciło do Shaya, który pobladł. Cholera, co ja zrobiłem? Pomyślał cierpko i złapał oddech do płuc.

          To dobrze… – Mruknął Arno w tym czasie. – Cieszę się, że zdajesz sobie sprawę z tego, że prawie zabiłeś kolegę. – Prychnął i zapukał do gabinetu. Więc o to chodziło. Po chwili dostali opanowane do granic możliwości zaproszenie do środka. Connor wzdrygnął się na to, ale przekroczył próg pokoju. Dwaj mężczyźni po patrzyli na nich ze zdziwieniem. Pewnie pomyśleli, że nic się niestało, ale później…

          Rany boskie! Connor znowu się z kimś pobiłeś? – Zapytał z przerażeniem Edward Kenway, widząc podbite oko chłopaka. Starszy dyrektor odbił się od ściany, a następnie powoli podszedł do niego. Arno prychnął i usadził chłopaka na krześle.

          On nie tylko pobił kolegę, on prawie zabił drugiego człowieka. – Powiedział, a do gabinetu został wprowadzony Shay.

Shay wyglądał okropnie. Z kącików ust powoli ciekła krew, oczy miał nieco przymknięte i oddychał ciężko. A gdy nowy dyrektor poderwał się z nad biurka, chłopak wypluł trochę czerwonej plwociny na podłogę, po czym słabo i nie pewnie spojrzał na zgromadzenie. Cisza, jaka nastała była nie przyjemna i przerywana jedynie ciężkim, rzężącym oddechem chłopaka.

          To ja zadzwonię po karetkę. – Westchnął ciężko Haytham i wziął telefon do ręki. Szybko wybrał numer i poinformował osobę po drugiej stronie, że mają w ośrodku chłopaka ze złamanym żebrem i że natychmiast potrzebują pomocy. Podał adres, a po drugiej stronie otrzymał informacje, iż muszą poczekać około dziesięciu minut na przyjazd karetki. Mężczyzna zastukał nerwowo palcami w blat biurka i zgodził się. Rozłączył się i odłożył telefon. Podszedł do okna, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń za nim. Connor spojrzał ze strachem na Edwarda, który po prosił, aby zbędne osoby wyszły. Aveline usadziła Shaya na kanapie, po czym wzięła za rękę wkurzonego Arno, a następnie wyszła.

            Edward milczał, a atmosfera znów zaczęła robić się nieprzyjemnie gęsta.

          Nie wyjaśnisz nam tego? – Zapytał w końcu Haytham odwracając się od okna. Connorowi zabiło serce z przerażenia. Nie odezwał się, bo co miał powiedzieć, że ląduje na dywaniku dyrektora średnio raz w miesiącu? Czy może fakt, że miał trudny charakter i był naiwny, bo dał się wrobić w coś na wzór bójki.

          Ale o co Panu cho…

          Nie zgrywaj kretyna! – Warknął cicho. – Doskonale wiesz, o czym mówię. – Prychnął wkurzony. – Będziesz miał taką karę, że przez tydzień będziesz się szorował, bo czysty nie wyjdziesz z…

          Spokój! – Syknął Edward patrząc na nich z góry. Haytham najpierw otworzył, później zamknął usta. Prychnął cicho i założył ręce na klatce piersiowej. – Powinniśmy się najpierw zająć chłopakiem. – Mruknął jeszcze zmęczonym tonem i pomógł położyć się chłopakowi. Podniósł mu koszulkę, a Connora oblał pot, widząc ilość siniaków pozostawionych mu przez tamtych napastników. Przełknął ślinę. Edward odwrócił się do Haythama. – Nie wygląda to najlepiej… – Mruknął.

          Prze-przepraszam… – Wydukał spanikowany chłopak. Modlił się, aby karetka jak najszybciej przyjechała.

Nowy dyrektor westchnął ciężko i sięgnął do jednej z szafek, – w której była ukryta zamrażarka, – po dwa woreczki z lodem. Podał jeden ojcu, aby przyłożył do obolałego miejsca chłopakowi, drugi dał Connorowi.

          Zmniejszy opuchliznę i ból… – Bąknął niecierpliwie widząc zdziwienie chłopaka. – Mam Ci potrzymać? – Prychnął, a Connor szarpnął za woreczek i przyłożył go do oka. Początkowo jęknął z bólu, ale później poczuł ulgę. Właściwie to nie poczuł wcześniej bólu, ale dopiero teraz. Był w zbyt dużym szoku, aby cokolwiek zrobić z tym wszystkim. – Poza tym mnie nie przepraszaj… – Mruknął i zerknął przez okno. Karetka właśnie podjechała pod dom dziecka.

…******…





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tyle was było: